|
Blog > Komentarze do wpisu
Śmierć
"Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą..."
ks. Jan Twardowski
Śmierć spotka każdego. Niestety niektórych prędzej niż innych. Autorka tych słów ze Śmiecią ma doczynienia stanowczo zbyt często. (Nie , nie umieram, nie jestem koronerem, patologiem ani policjantem.) Śmierć dotyka mnie o tyle osobiście, że osoby które pokochałam odeszły z tego świata w sposób tragiczny.
Śmierć , spotkania przelotne: Oczywiście umarły moje kochane babcie i najmilszy mi dziadek. Ale taka jest kolej rzeczy, z którą każdy rozsądny człowiek się liczy więc nie uznałam tych spotkań ze Śmiercią za niespodziewane ani dziwne. To samo tyczyło się odejścia najwierniejszego czworonożnego przyjaciela. Gorzko wszytkich opłakałam i pogodziłam się z tym spotkaniami. Do czasu.
Śmierć, spotkanie pierwsze: Zakochałam się. Każdemu się to podobno zdarza. Mnie się zdarzyło w wieku lat 17. Miłość była wielka, plany też . Zaręczyliśmy się i już planowaliśmy dalsze nasze wspólne życie, gdy w moim życiu pojawiła się właśnie ONA. Śmierć we własnej ponurej osobie. Pewnego zimowego wieczoru, Autorka odwieziona przez Miłość Swego Życia, pomachała mu radośnie i udała się lekkim krokiem w domowe pielesze. 3 godziny później, nadal rozanielona wspomnieniem randki z MSŻ, otworzyła drzwi i spotkała JĄ, pod postacią dwóch ponurych policjantów. 3 słowa i koniec miłości. "Wypadek. Zginął na miejscu."
Cóz teraz z perspektywy lat 11 mogę uczciwie powiedzieć. Tak pogodziłam się z tą stratą. Śmierć, spotkanie drugie: Od pierwszego spotkania minęly może 3 lata jak odwiedziła mnie ponownie. Tym razem pod postacią wyroku jaki usłyszał bliski mi przyjaciel i kochanek. AIDS. Słowo, które w naszym pięknym kraju znaczy wyrok. Tym razem miałam więcej czasu aby się przygotować na te spotkanie. Przemknęła mi przez głowę myśl, że chyba jakieś fatum mnie prześladuje ale nie poświęciłam jej więcej czasu. Zajęłam się pomaganiem przyjacielowi i po pół roku odprowadziłam go na miejsce jego ostatniego spoczynku. Przyjacielu, nigdy Cię nie zapomnę.
Śmierć, spotkanie trzecie: 10 dni temu minęła właśnie 4 rocznica mojego trzeciego spotkania ze Śmiercią. Trzeciego i chyba najboleśniejszego jak do tej pory. Straciłam brata. Ukochanego, młodszego o rok najmilszego mi człowieka. Umarł w sposób najgłuszy z możliwych. Pijany, założył się z kolegami, że zdejmie flagę 1-szo majową z naszego budynku. Wyszedł przez okno, zdjął flagę i wracając z powrotem spadł. Tym razem też niestety Śmierć objawiła się pod postacią policjanta. Najgorsze w całej sytuacji, że cała rodzina, łącznie z autorką, była w tym czasie w tym samym mieszkaniu co Brat. Upadek przeżył. W Szpitalu usłyszałam . "Stan cięzki ale stabilny. Proszę jechać do domu. Damy znać jakby się coś zmieniło. " Niestety nawet nie zdążyłam opuścić Szpitala jak dali znać. "Śmierć mózgu. Nie miał szans."
Szok, zdumienie. Jakim cudem "stan stabilny" zamienił się "w nie miał szans". I uparta myśl - czemu właśnie mnie znowu odwiedziła. Przeklął mnie ktoś czy co...
Śmierć , konkluzja.
Najgorsze co człowiek słyszy w takich przypadkach to : - Bóg tak chciał - Był za dobry dla tego Świata - Czas leczy rany
Czytelniku. Czas ran nie leczy, przykrywa je tylko patyną ale nadal bolą. Bóg jest najwidoczniej wredny skoro umierają ludzie tak młodzi. Wspomnienia zaś nie wystarczają. Autorka ma dużą nadzieję, że Czwarte spotkanie będzie już osobiste. wtorek, 12 maja 2009, mirmandela
|
|